Afera z warszawskim smogiem w tle – VOGUE POLSKA

Pospolite ruszenie wywołał wczoraj krzywy PKiN na okładce premierowego numeru VOGUE POLSKA. Krajobraz nie ten, Bela zniszczona, Rubik wychudzona i jeszcze ten uderzający smog.  Okazuje się, że najbardziej wyczekiwany magazyn będzie zupełnie inny niż przewidywano. To magazyn dla elit, ale tych intelektualnych, a nie finansowych. Czy reklamodawcom będzie na tej grupie zależało? I czy bywalcy niszowych galerii będą kupować gazetę z packshotami z Vitkaca?

 

Zaczęło się od trzęsienia ziemi, jak w banalnym cytacie z Hitchcocka. Chodzi oczywiście o okładkę Juergena Tellera – że Pałac Kultury siermiężny, że modelki chude i naburmuszone, że kadr krzywy. W podobnym tonie wypowiadało się wielu obserwatorów „Vogue’a” na Instagramie. Ci najbardziej patriotyczni widzieli na „jedynce” magazynu ruski spisek – promocję sowieckich pamiątek i próbę pokazania Zachodowi, że Polska taka smutna, szara i smogiem spowita.

Okładkę doceniła branża. W zakulisowych ploteczkach pojawiały się opinie w duchu „Chciałbym, żebyśmy my robili takie okładki!”. To prawda, nikt takich nie robi. Nie robi, bo tego nie łykną reklamodawcy, bo odbiorcom nie skojarzy się to z luksusem. Wielki napis Vogue na górze strony zwalnia z chuchania na zimne.

Pozwala za to na pewną intelektualną brawurę. Od zabawnej gry słów (Vogue-Wołga), przez delikatną sugestię, że to debiut polskiego „Vogue’a” wyzwala nas wreszcie ze smętnej radzieckiej spuścizny, aż po wyraźne nawiązanie do zdjęcia z tygodnika „Przyjaźń” z 1960 r.

O TO CHODZIŁO!

Jedno krzywe zdjęcie otworzyło tyle pól do interpretacji, tyle płaszczyzn sporu i już zainspirowało dziesiątki przeróbek. Nie sprzedaje się 160 tysięcy egzemplarzy po 17 zł, bez tzw. ‚pierdolnięcia’, jak powiedziałby Taco Hemingway, młodzieżowy idol, pokazany zresztą na łamach debiutanckiego numeru „Vogue Polska”.

Filip Niedenthal, redaktor naczelny polskiej edycji magazynu zadbał o to, żeby w „Vogue’u” było co czytać. Sam spotkał się z wybitnym duetem projektantów Proenza Schouler i przeprowadził wywiad z mającą doskonałą passę Rachel Weisz. Świetnie czyta się też wspominki Andy Rottenberg i Barbary Hoff o walce z KC PZPR o estetykę, sztukę i modę. Spójrzcie także na „Vogue Raport” Dziewieli i Dembińskiej, niepotrzebnie zamaskowany jako tekst o rewolucji social media w modzie. Zamiast wtórnego paplania o influencerkach z Instagrama, otrzymujemy mięsiste podsumowanie najważniejszych przemian w branży z ostatnich lat.

„Vogue Polska” nie ucieka od polityki (bo w Polsce polityczne jest już wszystko…). Na stronach magazynu przewijają się postacie wyklęte przez prawicowy mainstream: Anja Rubik, Lech Wałęsa, Krystyna Janda… W numerze znalazł się także mocny materiał o Ewie Kulik-Bielińskiej, szefowej Fundacji im. Stefana Batorego, napisany zresztą przez dziennikarza „Wyborczej”. Wyraźne stanowisko w magazynie na kredowym papierze to rzadkość, bycie pod prąd nie jest specjalnie kuszące dla reklamodawców.

Czas zapytać: dla kogo ten „Vogue” (reklamodawcy pytają na pewno). Dla prawdziwych konsumentek luksusu, przeważnie żon przedsiębiorców z mniejszych miast, może okazać się zbyt wydumany i mądraliński. Warszawska hipsteriada z kolei niekoniecznie podnieci się kilkudziesięcioma stronami packshotów z Moliera i Vitkaca, czy poradami, żeby torebki Maison Margiela koniecznie nosić w duecie (mniejsza 7100 zł, większa 10880 zł).  Z pewnością to czas pokaże kim są ludzie polskiego Vogue’a.

P.S. Informacje z Warszawy od kioskarzy: „Vogue Polska” wyprzedał się przed ośmą, ale jutro ma dojechać dodruk.