,,Być sobą, robić swoje, cieszyć się życiem…” – Rozmowa z Wiesławem Saniewskim

.

,,Być sobą, robić swoje, cieszyć się życiem. Nie ścigać się za wszelką scenę. No i pamiętać, że lepiej być niekonsekwentnie otwartym, niż konsekwentnie ograniczonym, zamkniętym”. To słowa Wiesława Saniewskiego stanowiące podpowiedź na współczesne życie. Andrzej Wajda stanowczo odradzał mu studiowanie reżyserii jeśli chciałby zostać reżyserem. Mówi się, że nagroda Gran Premio to włoski Oscar. Tego roku trafił w ręce polskiego reżysera, który przez lata budował swój dorobek artystyczny samodzielnie, ale także przy ostoi Andrzeja Wajdy, którego sam nazywa Mistrzem. Zapraszam do rozmowy z reżyserem, scenarzystą filmowym, wrocławianinem, ale przede wszystkim niezwykłą postacią polskiej kinematografii.

JAKIMI TRZEMA SŁOWAMI OPISAŁBY PAN SWOJĄ SZTUKĘ FILMOWĄ?

W.S.: Dla widza wrażliwego…

CZEGO NAUCZYŁ PANA ANDRZEJ WAJDA? JAKĄ JEGO NAUKĘ PAMIĘTA PAN SZCZEGÓLNIE? I CZY ZDAWAŁ PAN SOBIE SPRAWĘ WTEDY Z WYRÓŻNIENIA JAKIM PANA DARZYŁ?

W.S.: Moje zawodowe związki z Wajdą trwały kilkadziesiąt lat. Na początku były one jednostronne: jako 8-letni chłopiec obserwowałem jego pracę przy filmie „Popiół i diament”, kręconym na moich podwórkach. Potem, gdy zdobyłem kilka nagród w konkursach scenariuszowych, Mistrz zaproponował mi współpracę z jego zespołem filmowym „X”; najpierw w charakterze scenarzysty, następnie – reżysera. Wraz z Januszem Głowackim tworzyłem dla niego scenariusz o tematyce piłkarskiej; pisałem też dialogi do „Dyrygenta” wg opowiadania Andrzeja Kijowskiego. Zresztą, pracowałem przy realizacji tego filmu jako asystent reżysera. Byłem wtedy studentem scenariopisarstwa w szkole filmowej w Łodzi, gdzie trafiłem za namową Wajdy. Mistrz bardzo stanowczo odradzał mi studiowanie reżyserii. Mówił, że te 4-letnie studia niczego mi nie dadzą. Bo reżyser to charakter, a reżyseria to umiejętność współpracowania z ludźmi z ekipy i egzekwowania od nich tego, co jest potrzebne do zrealizowania artystycznego celu. Reżyser to poeta i sierżant w jednej osobie. Wajda uważał, że tamte studia to w moim przypadku strata czasu. Twierdził , że więcej da mi scenariopisarstwo i praca w charakterze jego asystenta niż studia reżyserskie. „Prawdziwej reżyserii nauczy się pan u mnie” – mówił. Posłuchałem go. Zdałem egzaminy na wydział scenariuszowy, byłem w 5-osobowej klasie Andrzeja Wajdy i Bolesława Michałka, a potem zostałem asystentem reżysera przy „Dyrygencie”. To był fantastyczny czas. Nauczyłem się zawodowego podejścia do pracy nad scenariuszem: przede wszystkim tworzenia postaci i konstruowania narracji. Godzenia ze sobą własnych ambicji i oczekiwań widzów. Zobaczyłem z bliska, jak wybitny reżyser współpracuje z ekipą techniczną i twórcami. Szczególnie ważna była dla mnie jego praca z aktorami. Miałem to szczęście, że byłem asystentem reżysera i autorem wielu dialogów jednocześnie. W związku z tym znajdowałem się zawsze w oku cyklonu: brałem udział w przygotowaniach scen przez reżysera i aktorów. Z jednej strony Wajda, z drugiej – Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, John Gielgud. Widziałem, jak reżyser ich otwierał, uczulał na prawdę psychologiczną; walczył o prawdę w każdym wypowiadanym słowie. Byłem w ekipie w uprzywilejowanej sytuacji. Wajda mnie wyraźnie wyróżniał, co nie wszystkim się podobało. Zresztą, kilka lat później, już po zrobieniu przeze mnie „Nadzoru”, robił to kilkakrotnie: w wywiadach, ale także gdy kończył swoją działalność w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Wajda kiedyś zaprosił mnie do swojego domu na Żoliborzu i gorąco mnie namawiał, żebym został prezesem SFP. Jednak w tym wypadku odmówiłem. Mieszkałem we Wrocławiu. Uważałem, że byłoby z mojej strony nieuczciwe prowadzić Stowarzyszenie na odległość. Zgodziłem się być wiceprezesem. Kilka lat potem namawiał mnie, żebym został szefem jednego z zespołów filmowych. Też odmówiłem, co z dzisiejszej perspektywy było chyba błędem.

OSIĄGNĄŁ PAN SUKCES W POLSCE, ALE NAJWIĘKSZA NAGRODA PRZYSZŁA Z WŁOCH. CZYM JEST GRAN PREMIO DLA DOŚWIADCZONEGO JUŻ REŻYSERA?

W.S.: To większa nagroda niż nam się wydaje. Mało jeszcze o niej wiemy, choćby dlatego, że jest nowa. W założeniu ma to być nagroda doroczna; w zasadzie za całokształt twórczości. W tym roku otrzymali ją reżyserzy ambitnych filmów i wielkie gwiazdy. Myślę, że tak samo będzie w przyszłości. To nie jest nagroda festiwalowa, gdzie często decydują względy pozamerytoryczne, np. polityczne, towarzyskie itp. Według mnie, będzie to wyróżnienie porównywalne choćby z Europejską Nagrodą Filmową. Gran Premio Cinematografico delle Nazioni jest dla mnie jedną z najważniejszych nagród w życiu. Podobne wzruszenia jak podczas otrzymywania jej w Teatrze Antycznym w Taorminie towarzyszyły mi tylko podczas odbierania Nagrody Kulturalnej podziemnej „Solidarności” w 1984 roku oraz Papieskiej Nagrody Fundacji Jana Pawła II w Watykanie w roku 1990 „za wartości humanistyczne filmów w szczególnie trudnych warunkach politycznych”. Lecz Gran Premio jest chyba z nich wszystkich najważniejsza. Mówi się, że to włoski Oscar. Z tym, że w przeciwieństwie do Oscara jurorzy we Włoszech sami od początku decydują, kto ją dostanie. Do amerykańskiej nagrody najpierw typują kandydatów gremia krajowe. Gdyby tak było w w przypadku Gran Premio, to raczej nie miałbym szans. Sita krajowego zapewne bym nie przeszedł, bo tutaj względy artystyczne i merytoryczne mają najmniejsze znaczenie.

 

.
NO WŁAŚNIE… ZASIADAŁ PAN W JURY NAJWIĘKSZYCH FESTIWALI FILMOWYCH NA ŚWIECIE. ZNA PAN RÓŻNICE, PODOBIEŃSTWA, SPRZECZNOŚCI. CZYM RÓŻNI SIĘ FESTIWAL FILMOWY W GDYNI OD NP. TYCH W WENECJI?

W.S.: Są festiwale filmowe bez konkursów i z konkursami. Tych drugich nie lubię, chociaż nagród festiwalowych mam grubo ponad dwadzieścia. Ściganie się na festiwalach ma w swoje coś fałszywego z założenia: porównywanie rzeczy nieporównywalnych, mierzenie tego, co niemierzalne. To na nich najczęściej dochodzi do różnych manipulacji, załatwiania swoich interesików. Przy czym, dotyczy to szczególnie konkursów krajowych, gdzie producent zna np. jurora, będącego młodym reżyserem zabiegającym o względy producenta, który ma w konkursie swój film.

CO PORADZIŁBY PAN MŁODYM LUDZIOM, KTÓRYCH INSPIRUJE PANA ŻYCIORYS?

W.S.: Być sobą, robić swoje, cieszyć się życiem. Nie ścigać się za wszelką scenę. No i pamiętać, że lepiej być niekonsekwentnie otwartym, niż konsekwentnie ograniczonym, zamkniętym.

UKOŃCZYŁ PAN NAJPIERW MATEMATYKĘ. CO TAKIEGO PRZYCZYNIŁO SIĘ DO RADYKALNEJ ZMIANY KIERUNKU PANA PRACY?

W.S.: To matematyka była „zamiast”. Prawie od zawsze chciałem robić filmy. A na pewno od momentu, gdy zobaczyłem kręcony na moich ulicach i podwórkach filmu Wajdy „Popiół i diament”. To wtedy poczułem magię kina. Zobaczyłem nową nieznaną mi rzeczywistość filmową utworzoną z elementów dobrze mi znanych, oswojonych. Wtedy pomyślałem: tak, to właśnie chciałbym w życiu robić; tworzyć filmy. Niestety, w tamtych czasach musiałbym najpierw skończyć reżyserię. Dostanie się na studia reżyserskie graniczyło wtedy z cudem. Gdybym się nie dostał, wcielono by mnie na dwa lata do wojska. Musiałem chwilowo zmienić plany. Ponieważ byłem wówczas w pierwszej w Polsce eksperymentalnej klasie matematycznej, podjąłem decyzję, zresztą za namową rodziców, że będę zdawać na matematykę.

WIELOKROTNIE DZIAŁAŁ PAN WBREW UKŁADOM I POLITYCE. WIĄZAŁO SIĘ TO MIĘDZY INNYMI Z UTRATĄ STANOWISK, CZY NAKŁADANIEM CENZURY NA PANA FILMY. Z PERSPEKTYWY CZASU JAK OCENIA PAN TAMTEN ,,BUNT”? DLA WIDZÓW WYGRAŁ PAN TĘ WALKĘ. A DLA SIEBIE?

W.S.: Takie działanie było dla mnie oczywiste. To była moja wolność, za którą do dzisiaj płacę wysoką cenę. Cenzura i władze na różne sposoby próbowały mnie zniechęcać do „buntu”, do wierności sobie. Próbowano i nadal próbuje się mnie zniszczyć finansowo, odcinając np. od publicznych pieniędzy, od dotacji, od nagród na krajowych festiwalach, zwłaszcza na festiwalu w Gdyni. Dlatego już dawno postanowiłem nie brać udziału w gdyńskim wyścigu.

WIEM O PANA ZAMIŁOWANIU DO WŁOCH. KAŻDA MIŁOŚĆ SIĘ KIEDYŚ RODZI. KIEDY TA FASCYNACJA POJAWIŁA SIĘ U PANA I KTÓRE MIEJSCA SĄ SZCZEGÓLNIE BLISKIE PAŃSKIEMU SERCU?

W.S.: Myślę, że początek mojej fascynacji Włochami i włoską kulturą wyznaczają filmy Rosseliniego, Viscontiego, Antonioniego, Felliniego, Pasoliniego, Bertolucciego. To właśnie, oprócz współpracy z Wajdą, były moje szkoły filmowe. Na filmach tych reżyserów uczyłem się filmowego rzemiosła. Jednocześnie fascynowała mnie włoska literatura, szczególnie dzieła D’Annunzio, Pirandello, Moravii, Calvino. Za każdym razem, gdy jestem we Włoszech, staram się odwiedzać moje ulubione miejsca: Toskanię, Wenecję, Rzym i Sycylię.

JAKIE JEST NAJWIĘKSZE MARZENIE WIESŁAWA SANIEWSKIEGO W TYM MOMENCIE?

W.S.: Moje marzenia są realne i nierealne jednocześnie. Chciałbym zrealizować film w koprodukcji z Włochami i mieć możliwość mieszkania w Toskanii.